Szwajcar z Łodzi i Schyzio Frenik – jak sprawić, by muzeum było sexy?

Do napisania tego artykułu natchnęła mnie nasza ostatnia muzealna ciekawostka (link). Przypominamy w niej postać Eugeniusza Bodo (mieszkającego w Łodzi w latach 1900-1917) i Juliana Tuwima (jednego z największych łodzian XX w.); jednocześnie zadajemy pytanie, czy łódzkie muzea byłyby w stanie powiązać ze sobą te dwa wielkie nazwiska, które nigdy nie przeminą, tak, by stworzyć ciekawą wystawę lub inne wydarzenie muzealne. Chyba mamy kilka pomysłów.

Odsetek łodzian regularnie odwiedzających muzea wciąż jest niewielki. Podejrzewam, że gdyby nie doroczna Noc Muzeów, niektórzy z nas w ogóle by nie zaglądali do muzeów. Trochę im się nie dziwię, ponieważ muzeum niestety nadal funkcjonuje w świadomości człowieka jako zakurzone pomieszczenie pachnące formaliną pełne dziwnych bibelotów (w najlepszym przypadku – drogich obrazów w złotych ramach).

Oczywiście to się bardzo zmienia, pracownicy muzeów – prowadząc jednocześnie żmudną pracę u podstaw – w miarę możliwości wychodzą na przeciw wymaganiom jakie stawia współczesny widz. Są organizowane warsztaty dla najmłodszych, wykłady, dyskusje i konferencje dla starszych, wystawy dla koneserów, oprowadzania kuratorskie dla tych, którzy jeszcze potrzebują pomocnej dłoni doświadczonego muzealnika podczas wyprawy w głąb wystaw.

Rewolucji (już nawet nie samej rekonstrukcji, a właśnie rewolucji) wymagają wystawy same w sobie, by nie były stateczne i nudne, by nie przytłaczały, a zainteresowały i wzbudziały chęć łowcy, chęć poznania czegoś więcej, przeżycia czegoś więcej niż tylko obcowania z eksponatem umieszczonym w gablocie. Aby tę chęć wywołać, instytucja muzealna musi wzbudzać zaufanie, musi kojarzyć się z czymś extra, z czymś fajnym, z czymś modnym, ale nie wydumanym, z czymś na czasie, o czym się aktualnie mówi.

Dlaczego Bodo i Tuwim?

I właśnie dlatego uważamy, że trzeba wykorzystać reklamę, jaką poniekąd zsyła los. Co niedzielę na TVP1 jest emitowany kolejny odcinek serialu „Bodo”, który opowiada o losach Eugeniusza Bodo (wł. Bohdan Eugène Junod) – sławnego amanta II RP. Choć urodził się w Genewie, lata młodości spędził w Łodzi, gdzie jego ojciec współprowadził kinoteatr Urania (na rogu Piotrkowskiej i Cegielnej, dziś – Jaracza), a matka prowadziła restaurację Masque. To również tutaj – w mieście włókniarzy – Bodo debiutował na scenie jako… kowboj.

Po latach zmagania się z problemami, pracą nad samym sobą, rozpychania się łokciami w dusznym towarzystwie młodopolskiej bohemy, Bodo zdobywa szczyt. Osiedlając się w Warszawie i wstępując do teatru Qui Pro Quo, staje się ulubionym aktorem warszawskiej publiczności.

W tym momencie droga poetycka Tuwima i droga kabaretowa Bodo spotykają się. Julian Tuwim był głównym autorem tekstów dla Qui Pro Quo, a Bodo – wziętym aktorem tegoż teatru. W 1934 roku Tuwim napisał piosenkę pt. „Ach, Ludwiko!” wykonywaną przez Eugeniusza Bodo w rytm foxtrota z operetki „Rozkoszna dziewczyna”.

Skoro więc dzięki tak popularnemu serialowi telewizyjnemu Polacy dowiedzieli się wszem i wobec, skąd pochodził Eugeniusz Bodo, pójdźmy dalej. Przypomnijmy, że Qui Pro Quo bazowało na talencie literackim Tuwima i wysnujmy bardzo śmiały, ale jak najbardziej na miejscu, wniosek, że przedwojenna Warszawa bawiła się dzięki łódzkim talentom!

Puśćmy wodze fantazji

Jeśli byśmy chcieli dopowiedzieć do serialu tło historyczne i biograficzne, by zwyczajnie pochwalić się wielkimi łódzkimi nazwiskami, warto byłoby rozważyć współpracę 3 muzeów – Muzeum Miasta Łodzi, Muzeum Kinematografii i Centralnego Muzeum Włókiennictwa. Każde z nich opracowałoby inną dziedzinę tego tematu.

Najbardziej szalonym pomysłem, jaki przychodzi do głowy, jest wyjście widzowi na przeciw i zorganizowanie, np. w ramach Święta Łodzi, jednego dużego wydarzenia muzealnego na ul. Piotrkowskiej z udziałem tychże placówek. Wystawa strojów z okresu II RP, a może nawet pokaz mody (Centralne Muzeum Włókiennictwa), pamiątki po Tuwimie (Muzeum Miasta Łodzi), plakaty filmowe Bodo, opowieść o tym, jak w latach 20. i 30. kręcono filmy (Muzeum Kinematografii), kilka ciekawych wystąpień poprzedzających wystawę strojów i pamiątek, być może projekcja jednego z filmów, który wyreżyserował Bodo, a może wspólne oglądanie nowego odcinka serialu „Bodo”?

Konkurs wiedzy o obu artystach z drobnymi upominkami (np. darmowy bilet do tych 3 muzeów z osobą towarzyszącą, ważny do końca września). Występy taneczne przypominające te z lat 20. i 30. XX wieku, dużo piosenek i recytacji przewrotnych wierszy Tuwima; mnóstwo pamiątek, np. pocztówki, bilety okolicznościowe, które uprawniałyby do zniżki na cenę biletu normalnego w danych muzeach. Jednak nie samą sztuką człowiek życie – w ramach uciech cielesnych można by serwować „Deser Tuwima”, czyli po prostu melbę (bez winka).

To byłoby niezapomniane wydarzenie, które poprzez wykorzystanie obecnej fali medialnej serialu „Bodo” wypromowałoby 3 łódzkie muzea, a uczestnicy eventu uruchomiliby machinę tzw. marketingu szeptanego, który nie od dziś uważany jest za jedną z najskuteczniejszych metod promocyjnych. Opowieści w rodzinie i w gronie znajomych mogłyby spowodować większą liczbę odwiedziń muzeów nie tylko w czasie Nocy Muzeów.

Zejdźmy na ziemię

Zapewne organizacja tego typu wydarzenia na świeżym powietrzu wiązałaby się z wysokimi kosztami, których muzea (nawet 3) mogą nie mieć w swoim budżecie.

Zapewne nie każde z muzeów zgodziłoby się w ogóle na wyjście na ulicę ze swoimi eksponatami.

Może nawet któreś z muzeów nie chciałoby się podjąć takiej współpracy (Muzeum Kinematografii nie odpisuje na nasze maile; podrawiamy całą załogę!).

Jednak warto mieć marzenia. Mnie marzy się inne, świeże, lekkie, nowatorskie, ale i sprytne wykorzystanie przez łódzkie muzea obecnego trendu, który pozwoli stworzyć wydarzenie na miarę potrzeb widza XXI w. Wydarzenie pełne niespodzianek, bardzo łódzkie, ale i o charakterze edukacyjnym.

Infrastruktura ul. Piotrkowskiej (najlepiej w okolicach DH „Magda”) przeniesie uczestników na chwilę do czasów Uranii; wykład o modzie połączony z pokazem mody lub po prostu z wystawą ubrań z okresu II RP (oczywiście z nawiązaniem do faktu, iż to właśnie wtedy i że to właśnie Bodo po raz pierwszy zareklamował garnitury i kapelusze) przedstawią ówczesne trendy. Wystawa plakatów lub nawet projekcja materiału filmowego były dodatkowymi walorami. Natomiast wspomniane wcześniej upominki pozwoliłyby na dłużej zachować w pamięci wspomnienie tego wydarzenia.

Oczywiście jeśli muzea nie podjęłyby współpracy, ale mimo to zorganizowałyby wystawy w ramach swojej odrębnej działalności, to też byłoby dobrze. Jednak czasem trzeba zrobić coś komercyjnego, by przyciągnąć widza, by zaufał i przekonał się, że muzeum jest ok.

Autor: Aleksandra Kwapiszewska

Zdjęcie: okładka książki pt. Gwiazdy Drugiej Rzeczpospolitej, autor: Sławomir Koper, wyd. Bellona. Warszawa 2013.

Zapraszamy na nasz profil na Facebooku!

Reklamy