Heheszki w muzeum

 

DSC_0232_1600x1200

Rzutnik, muzeum, odwiedzający; fot. Aleksandra

Lolcontent, fail, facepalm to terminy bardzo dobrze znane współczesnym nastolatkom. Choć różnice semantyczne między tymi wyrazami są istotne, wszystkie z nich używane są w momencie, gdy dochodzi do czegoś… nietypowego; to właśnie takimi nietypowymi momentami w muzeach zajmę się w poniższym artykule.

 

 

Na początek słowo wyjaśnienia, czym jest lolcontent, fail i facepalm. Otóż lolcontent – jak łatwo się domyślić, analizując angielskie konotacje tego terminu – to nic innego jak śmieszna treść, śmieszne zajście. Z kolei fail, czyli wypadek, może określać również czynność, która się ewidentnie nie powiodła; i w końcu facepalm – energiczne przyłożenie ręką do czoła w celu zobrazowania bezradności wobec zaistniałej, nierzadko żenującej bądź po prostu głupiej, sytuacji.

Dobry lolcontent to sterowany lolcontent

Muzea prześcigają się w pomysłach na pozyskanie widza; na porządku dziennym jest publikowanie postów na portalach społecznościowych, aktualizowanie stron internetowych, wysyłanie newsletterów. Jednak nie ma to jak powiew świeżości i nowe spojrzenie na to, co teoretycznie jest zwykłe i codzienne.

Dobrym przykładem zabawnej treści w muzeum, która dodatkowo została stworzona przez pracowników muzealnych, a więc jest pod kontrolą i z założenia nie wystawi placówki na pośmiewisko, jest… mycie podłogi w Muzeum Nauki w Houston (USA). Jak się okazuje nawet tak banalna czynność może pomóc w popularyzacji nauki. W jaki sposób? Podczas mycia rzeczonej podłogi oprócz napisu „WET FLOOR”, rozrzucono kilka modeli budowy cząsteczki wody:

wetfloor Museum of Science

fot. Muzeum Nauki w Houston (USA)

Innym przykładem tego typu treści również w Muzeum Nauki w Houston jest model prosto z kosmosu, czyli porównanie wielkości Ziemi, Księżyca i… produktywności w pracy pewnego człowieka o imieniu Paul:

paul

fot. Muzeum Nauki w Houston (USA)

Nasze polskie, ba, łódzkie podwórko również może się pochwalić świetnym chwytem marketingowym, który jeszcze długo pozostanie w mojej (i pewnie nie tylko mojej) pamięci. Mam tutaj na myśli fragment kampanii reklamowej wystawy Korespondencje z 2012 r. organizowanej przez Muzeum Sztuki w Łodzi. W niemal całym mieście pojawiły się wówczas etykiety z folii adhezyjnej, informujące o rychłym przybyciu do Łodzi Picassa, Warhola, Klee i Kandinskiego. Będę w Łodzi od 14 grudnia. Klee – takie zdanie (konkretne, pewne, świadome, w dodatku podparte znanym nazwiskiem) wywołuje w człowieku obowiązek powtórzenia czynności, o której mowa w danym zdaniu. Wszak skoro Picasso może być w Łodzi, to Ty – tym bardziej.

Lolcontent na szerszą skalę miał miejsce m.in. w Chicago podczas wystawy prac Vincenta van Gogha. Tamtejszy Instytut Sztuki pokusił się o zaaranżowanie sypialni holenderskiego mistrza, w której będzie można się naprawdę wyspać i przy okazji poczuć jak postać z obrazu.

Z kolei w Muzeum Zerwanych Związków (Chorwacja) znajdziemy lolcontent w najczystszej postaci – od eksponatów, przez kawiarnię, aż po sklep z pamiątkami. Właśnie to muzeum łamie wszelkie stereotypy krążące wokół instytucji muzeum. MZZ jest do tego stopnia innowacyjne, że w 2011 roku została mu przyznana europejska nagroda Keneth Hudson Award; jest to odznaczenie przyznawane najbardziej nietypowemu muzeum, które śmiało przełamuje bariery w percepcji roli muzeów w społeczeństwie. Nagroda, nosząca imię brytyjskiego dziennikarza, anty-muzeologa, autora książek Kennetha Hudsona, przyznawana jest od 2010 przez Europejskie Forum Muzealne pod patronatem Rady Europy. Wróćmy do lolcontentu w chorwackim wydaniu.

Twórcy Muzeum Zerwanych Związków skupiają się na wspomnieniach minionych znajmości; ukazują nierzadko ich ciemną stronę, nie zapominając, że życie toczy się dalej. W pokonaniu tak trudnych chwil mogą pomóc suweniry dostępne w przymuzealnym sklepie, np. gumka wymazująca złe wspomnienia. Warto zajrzeć też do kawiarenki, która serwuje piwo „zimniejsze niż serce twojej byłej”. Zabawne ujęcie tematu oraz umiejętna kontrola treści prezentowanych sprawiają, że Muzeum Zerwanych Związków jest miejscem bardzo chętnie odwiedzanym i zapamiętywanym.

Fail Army w natarciu

Tam, gdzie jest człowiek, tam, może zdarzyć się wszystko – ktoś zepsuje zabytkowy zegar, ktoś inny zniszczy bezcenny obraz… W czerwcu na serwisie YouTube zostało opublikowane krótkie nagranie z monitoringu Narodowego Muzeum Zegarów i Zegarków w Pensylwanii. Na nagraniu widać parę odwiedzających, którym bardzo spodobał się jeden z eksponatów – unikatowy, zaprojektowany przez artystę Jamesa Bordena zegar. Najpierw para ciekawskich gości zaczęła bawić się ruchomymi elementami zegara, aż jeden z nich odpadł. Następnie ze ściany spadł cały eksponat. Sprawcy zdarzenia postawili zegar na podłodze i rozdzielili się. Jak gdyby nigdy nic.

Z kolei w zeszłym roku tajwańskie muzeum otworzyło wystawę barokowego malarza Paola Porpory. Niestety jeden z obrazów włoskiego mistrza przegrał w starciu z 12-letnim chłopcem. Dziecko zwiedzało muzeum, trzymając w ręku kubek z napojem i słuchając słów przewodnika. Ogrom talentu barokowego malarza zrobił na chłopcu tak duże wrażenie, że ten stracił równowagę i przewrócił się razem ze swoim napojem na stojący za nim obraz, niszcząc tym samym płotno warte raptem 1,5 mln dolarów.

Fail na nieco inną skalę zdarzył się w Muzeum Złej Sztuki. Otóż mimo niezwykle niskiej estetyki eksponatów w muzeum doszło do kradzieży – skradziono Eileen, przerażający portret w akrylu. Początkowo muzeum wyznaczyło nagrodę dla znalazcy w wysokości 6,50 $; ponieważ nikt się nie zgłaszał, po jakimś czasie nagroda wzrosła do 36,73 $, jednak mimo tak zawrotnej sumy nikt się na nią nie skusił. Po 10 latach obraz szczęśliwie wrócił na swoje miejsce. Jakim cudem? Tego nie wie nikt, w każdym razie właściciele muzeum dostali nauczkę. Od kradzieży Eileen w muzeum zainstalowano… atrapy kamer.

Klasyczny facepalm w muzealnym wydaniu

Podsumowaniem większości przytoczonych i omówionych przeze mnie zdarzeń może być tylko klasyczny facepalm. Podobny komentarz do zachowania ludzi w muzeum nasuwa się po minieksperymencie 17-latka w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w San Francisco. Ów młodzieniec położył na podłodze parę okularów korekcyjnych. Niedługo potem zwiedzający zaczęli zachwycać się tymi okularami, myśląc, że to jeden z eksponatów. Okulary były więc fotografowane z każdej strony, dyskutowano nad ich formą i przesłaniem.

Z jednej strony powyższa sytuacja pokazuje, że czasem trudno odróżnić prawdziwą sztukę od zwykłego przedmiotu codziennego użytku, a z drugiej – że ludzie nierzadko bezmyślnie przemierzają sale muzealne w poszukiwaniu… no właśnie – czego?

Solidne klaśnięcie dłonią w czoło mogłoby podsumować również kilka reklam, które niedawno pojawiły się w polskiej telewizji i które wykorzystują stereotypowe myślenie o muzeach; ale to już temat na inny artykuł.

 Autor: Aleksandra

Reklamy